Showing posts with label teksty własne. Show all posts
Showing posts with label teksty własne. Show all posts

23/03/2012

Sony Xperia S - zapowiedź testów :)

Kilka dni temu dostałam od firmy Sony telefon do testów - ponieważ jestem raczej kiepska jeśli chodzi o szczegóły techniczne związane z elektroniką, moja recenzja będzie obejmować głównie zdjęcia oraz, uwaga uwaga, filmik nakręcony za pomocą tejże Xperii :) Dla pełnej jasności: recenzja będzie miała charakter komercyjny, chociaż oczywiście nikt nie podyktuje mi, co mam napisać.

Jestem zainteresowana przede wszystkim tym, czy można by było zastąpić Nikona D60, którego ze sobą noszę, telefonem, który w porównaniu z Nikonem jest w kategorii "wagi piórkowej" - przez kilka dobrych lat dodawania coraz lepszych aparatów do telefonów przyjęło się już uważać, że zdjęcia nimi robione nie umywają się do zdjęć robionych sprzętem marek typowo "fotograficznych", ale być może wymiana aparatu na ten telefon jest możliwa? Jeszcze nie wiem, ale się dowiem.

W ramach trwających już dni Cracow Fashion Awards okazji do testów będzie sporo, mam tu na myśli przede wszystkim sesje Doroty Wróblewskiej na Rynku Głównym w Krakowie (27 marca między 11.00 a 17.00) do drugiej części książki Fashion People Poland, gdzie pojawię się również ja - będziecie mogli zapozować również w skali lokalnej, krakowskiej. ;)

A sam telefon z dodatkami wygląda o tak:

29/02/2012

Coco Chanel. Życie intymne - recenzja

Biografia Coco Chanel pióra Lisy Chaney jest książką, która różni się od innych pozycji na temat projektantki, zalewających półki w księgarniach.



Autorka, oprócz opisywania rewolucyjnych zmian w dwudziestowiecznej modzie skupiła się na tle kulturalno-historycznym; prądach zmian społecznych, którym Chanel wychodziła swoim krawiectwem naprzeciw oraz zmianach w dziejach mody, których Chanel była naocznym, czasami mimowolnym świadkiem (mam tu na myśli jej bezkompromisowy stosunek do New Looku lansowanego przez Diora). Szeroko zarysowany kontekst historyczno – kulturalno - społeczny jest chyba najmocniejszą stroną tej książki. Bez niego nie udałoby się napisać dobrej biografii Chanel. Opis zmian, które towarzyszyły wprowadzaniu nowej mody, demokratyzowaniu jej (jak twierdzi Autorka, choć to dyskusyjne, bo przecież nie każdy mógł sobie pozwolić na kreacje od Chanel), oraz przypisy i rozbudowana, niczym w dobrej pracy magisterskiej ;) bibliografia sprzyjają wiarygodności książki.

Mimo, iż biografia zapowiada się sensacyjnie (przynajmniej sądząc po okładkowej zajawce: „Była szpiegiem czy ofiarą nieszczęśliwej miłości”), język polskiego przekładu jest wartki i jednocześnie daleki od taniej, brukowej sensacji i skandalu. Nawet początki kariery projektantki, rozpoczętej głównie dzięki pieniądzom zamożnych i wpływowych „partnerów” zostały opisane z klasą. Mimo, że stosunki Coco z Etienne Balsanem czy Arthurem „Boyem” Capelem wyglądały dość – jak na współczesne czasy - osobliwie i na początku Chanel była po prostu utrzymanką ich obojga, później przez całe życie powtarzała współpracownikom, żeby przede wszystkim być panią samej siebie. Paradoksalnie jednak dopiero „trampolina” w postaci obu mężczyzn jej to umożliwiła. Nie miała w tamtych czasach innej możliwości, niż zadbać o swój start wiążąc się z odpowiednim mężczyzną i poprzez początkową zależność wypracować sobie wolność i finansowy komfort. Bardzo możliwe, że nawet najzagorzalsi fani Coco będą zdziwieni jej niektórymi poczynaniami, ale zdecydowanie nie są to sensacje na miarę współczesnego show biznesu – trzeba pamiętać, że na początku kariery Mademoiselle skandalem obyczajowym było założenie przez kobietę spodni, natomiast małżeństwa czy związki dla obopólnych korzyści były czymś zupełnie normalnym. W dobrym tonie było posiadanie kochanki: bardziej dziwiono się, że mężczyzna nie ma żadnej na boku, niż tym, że ją posiada.

Biografistka w subtelny sposób opowiada historię Coco, odkłamując jednocześnie mity, odbrązawiając jej postać – choć oczywiście można uznać, że każda kolejna biografia znanych i lubianych to jedynie kolejne czysto subiektywne studium, a autor uważa się za psychologa, sędziego i psychoterapeutę w jednym. Autorka, mimo, że zafascynowana projektantką, nie tworzy kolejnej różowej laurki Coco, nie zapędza się w amatorskiej psychoanalizie, nie karmi czytelników ciągłymi domysłami – oprócz nich podaje więcej faktów, które można sobie samemu uporządkować i zinterpretować. Wokół Chanel narosła legenda potwierdzana przez każdą kolejną biografię i film – kreowana jest na despotyczną, pewną siebie kobietę sukcesu, błyskotliwą egocentryczkę – na podstawie tego, co już napisano i nakręcono, przyklejono jej etykietkę „złośliwej jędzy”. Z biografii Chaney wyłania się nieco inny, bardziej skomplikowany i niejednoznaczny obraz tej jędzy, co widać również w filmie Chanel i Strawiński, z Anną Mouglalis w roli głównej – biografia Chaney i wspomniany film są do siebie bliźniaczo podobne, jeśli chodzi o kreację głównej postaci i przywoływane ze szczegółami epizody.

Bardzo bym chciała do czegokolwiek się przyczepić, ale nie chcę robić tego na siłę, bo chodzi o krytykę, a nie malkontenctwo. Historia wzlotów i upadków kariery Coco wydana przez Znak rozwija się na prawie 500 stronach, do których trzeba doliczyć 3 wkładki ze zdjęciami. Cena za taką dawkę wiedzy na temat epoki i samej Coco na mój gust jest dość umiarkowana, bo z portfela trzeba wyciągnąć 40 złotych.

19/08/2010

Noc subkultur w krakowskim Błędnym Kole



Już dzisiaj, na dzień przed Coke Live Music Festival, w Błędnym Kole (Bracka 4) zintegrują się subkultury – na jednym parkiecie spotkają się hippisi, punki i fani disco, bez granic i stereotypów.

Impreza rozpocznie się już od godziny 16.00, od zakupowego biforu – będzie można wtedy przyjść do klubu i zaopatrzyć się w ubrania polskich projektantów z Idei Fix. Miłośnicy retro będą mogli przebierać w asortymencie krakowskiego vintage shopu Mulholland Drive. Swoje miejsce także będą miały designerskie gadżety od wall – over.

Od godziny 20.00 można przychodzić do klubu prezentując swoje subkulturowe i uliczne kreacje – na wymianę plotek i podziwianie swoich strojów nie będzie zbyt dużo czasu, gdyż od godziny 20:30 oglądać będzie można zdjęcia młodych artystek: Andżeliki Mirochy vel. Zakazana oraz Moniki Stojak. Zdjęcia na ścianach i stolikach będzie mogli oglądać już od początku imprezy, zaś o 20:30 zdjęcia będą wyświetlane.

Około godziny 21:30 podziwiać będzie można pokaz mody wokół tematu subkultur, przygotowany m.in. przez Kaję Zielińską z Idei Fix. Na jednym wybiegu spotkają się grunge, punk i miłośniczka etno. Pokaz potrwa pół godziny, a od 22.00 będziemy bawić się z Holly Kitty, Cocksuckers, Slam Dunk oraz krakowscy rezydenci - Junkie Punks. Pod koniec imprezy najlepiej wystylizowani goście zostaną nagrodzeni.

Impreza biletowana od 19.30., wstęp: 10 zł.

01/08/2010

Adrianna


T-shirt: metal shop, spódnica: nie pamięta


Torba: Chloe


Buty: Pierre Hardy


Wydawałoby się, że w modzie wszystko już było. Historia zatacza koło - od kilku lat obserwować można niekończące się zainteresowanie vintage. Obok tego trendu karierę robi eklektyzm - mieszanie ze sobą pozornie różnych elementów.

Efekt bywa interesujący, taki sobie lub powiedzmy sobie szczerze, godny pożałowania. W zależności od tego, czy jest to eklektyzm twórczy, czy też tylko odtwórczy, polegający na skopiowaniu tego, co akurat jest popularne. Żeby bez przerwy nie marudzić, jak jest niedobrze na polskich ulicach, skupmy się na tym pierwszym efekcie.

Adrianna, bohaterka zdjęć, na co dzień pracuje jako stylistka w Paryżu, do Krakowa przyjechała na kilka dni, odwiedzić rodzinę. Na zdjęciach ma na sobie zestaw, na widok którego jej babcia lub wiekowa prababcia mogłaby się chwycić za głowę - bo czy zwykły bawełniany T-shirt (tyle że z oryginalnym nadrukiem) może pasować do takiej spódnicy z żakardu, wytłaczanego we wzory i eleganckiej torby (projektowanej dla Chloe przez samą Adę)? Możliwe, że sama Coco Chanel, która mówiła, że moda nie powinna rodzić się na ulicy, byłaby przerażona obecnymi trendami, w tym projektami swojego następcy, Karla Lagerfelda. Zamknięta w swojej pracowni przy Rue Cambon wróciłaby do szycia garsonek wypierając z pamięci to, co zobaczyła na zdjęciach w gazetach lub w internecie.

Dziś mało rzeczy jest już obciachem, jest to pojęcie, które zanika. O ile można by wręcz zaryzykować twierdzeniem, że w dobie Lady Gagi nic już nie jest żenujące; o tyle łączenie butów i torebki w jednym kolorze jest zdecydowanie passe i świadczy o braku fantazji lub niedoborze dodatków w szafie. Moda jest jednak (na szczęście) niczym stereotypowa kobieta - kapryśna i mało logiczna, bo co innego supermodne łączenie dżinsu z dżinsem - byle były to materiały o różnych fakturach i w różnych odcieniach, a co innego widziany często na ulicach dżinsowy "mundurek" typu kurtka i dżinsy. Wybieg rządzi się swoimi prawami. Można na nim wszystko, co udowadniało już wielu, tymczasem na ulicach - "wszystko można, byle z wolna i z ostrożna". Od interpretacji zależy, czy efekt nie będzie zbyt dosłowny kiczowaty, tandetny lub przerysowany - jak wyszło Adriannie?

29/01/2010

Kawałek Ameryki w Skawinie

W tym tygodniu wybrałam się na wycieczkę poza Kraków, do Skawiny. Z inicjatywy Rafała Zieglera – podróżnika, pasjonata teatru i bonsai, powstał tam pierwszy małopolski vintage shop.

Skąd wziął się pomysł na RaspberryBrick? Dlaczego akurat taka nazwa?

Pomysł powstał w czasie podróży do Szkocji, a potem na Islandię. Główną inspiracją był szkocki Armstrong i Rusty Zip, nasi „bracia”, i islandzki Sputnik.
Nazwa RaspberryBrick pochodzi od nazwisk twórców tego projektu – mojego i mojej przyjaciółki, Joanny Malinowskiej – to bezpośrednia zlepka tych nazwisk.



Co to za miejsca?

Wszystkie te miejsca są vintage shopami. Kiedy odkryłem Armstronga, nie było dnia, w którym bym go nie odwiedził. Sprzedaje się tam kilty, stare kostiumy z dawnych epok. Wygląda to jak rekwizytornia z jakiegoś magicznego teatru. Rusty Zip to jego młodsza filia, można tam kupić stare płaszcze, cylindry, kapelusze – wszystko w angielskim stylu. A sputnik w Reikjawiku to miejsce łączące vintage shop z second handem – sprzedaje ubrania mniej „radykalne”.

RaspberryBrick to nie tylko vintage shop, ale również studio tatuażu, czy szkoła Bonsai. Kim są ludzie, z którymi współpracujesz?

Wymyśliliśmy z Asią Malinowską, że chcemy w Skawinie zrobić coś, co pokaże, że sprzedaż odzieży używanej niekoniecznie musi polegać na grzebaniu w koszach, nie muszą to być zapyziałe miejsca z kubłami i paniami podążającymi za klientem – zobaczyliśmy, że w świecie odbywa się to w dużo lepszy sposób. Oprócz tego jest jeszcze mój brat, BinBoy, który tak jak ja jest podróżnikiem. Pomagał razem z Małą Mi (moją siostrą) przy wykończeniu sklepu – wszystko wymyślaliśmy sami, zajmujemy się z bratem również dekorowaniem wnętrz. Jest jeszcze Melissa Thurston, która dostarcza nam fanty ze Stanów Zjednoczonych. Bonsai to moja pasja – piszę na ten temat pracę inżynierską. Czasami organizuję tutaj warsztaty tworzenia Bonsai. Jesteśmy też rekwizytornią teatru Maska – teatr to moja inna wielka pasja. Staramy się pozyskiwać ubrania również z rekwizytorni niemieckich teatrów.



W wystroju łączycie elementy kultury amerykańskiej z polskim PRL-em, a większość ubrań znajduje się w starych szafach.

Stany Zjednoczone to dla mnie jak gdyby „inna planeta”, ma coś w sobie. Wykształca się zupełnie obok. Tam wszystko jest większe, wykonane z innych materiałów. Jestem zafascynowany amerykańską jakością i stylem. Łączę to elementami z PRL-u dla żartu – są pewne relikty epoki charakterystyczne dla tego czasu, ale nie ma zbyt wiele do zaczerpnięcia, jeśli chodzi o modę. Większość ubrań znajduje się w szafach. Obawiałem się na początku, że nie będzie to zbyt funkcjonalne, ale ma to jednak swoje zalety – otwarte szafy tworzą zamknięte „zaułki”, pomysł sprawdził się.



Czy w Skawinie coś się zmieniło, odkąd otworzyliście sklep? Czy odczuwacie tutaj brak takich miejsc, zazdrościcie Krakowowi?

To dość brutalne spotkanie z rzeczywistością. Przypuszczałem, że tak będzie, ale chciałem się o tym przekonać. Są jednak tacy, którzy są stałymi gośćmi, nie tylko w charakterze klientów – chodziło nam również o samą interakcję, stworzenie miejsca, w którym można odpocząć. RaspberryBrick bywa również galerią sztuki, czasem gramy spektakle. Ale i tak Skawina jest zbyt zamknięta, oczekuje czegoś innego.

Czego chce Skawina?


Prostych, znanych schematów. Skawina chce wiedzieć, co tu się dzieje, ale nie chce oglądać nowych rzeczy, nowości. Ludzie chodzą dookoła sklepu i jest to dla nich w dalszym ciągu tajemnicze miejsce – mimo, że od otwarcia w październiku minęło już dużo czasu. To bardzo boli, bo Skawina jest nudnym miastem pod wieloma względami, mam wrażenie, że jest miastem-sypialnią dla tych, którzy pracują i spędzają większość czasu w Krakowie.



Jesteś rozczarowany?

Głównym założeniem marketingowym RaspberryBrick było zszokować i zadać zagadkę – co to jest? Dlaczego RaspberryBrick? Nie zakładaliśmy tego sklepu dla pieniędzy. Początkowo nie było żadnego informacyjnego szyldu, który mówiłby coś więcej. Nie wyobrażam sobie, żeby w Skawinie powstało coś takiego i żebym tam nie wpadł. Poszedłbym tam pierwszego dnia i obwąchał od stóp do głów. Udało mi się jednak zrealizować wszystko, co sobie założyłem, a nawet więcej, więc ciężko o rozczarowanie.

Tak, ale oprócz kiltów, czy butów kowbojskich można znaleźć tutaj sporo „normalnych” bluzek, dżinsów.

Możemy pielęgnować pewną ideę, ale nie możemy do tego ciągle dokładać pieniędzy, stąd trochę „normalnych” rzeczy. Staramy się jednak wyszukiwać ubrania dobrej jakości i markowe, ciężko dostępne – np płaszcze Burberry, kilty, bluzy Abercrombie and Fitch, kowbojki Johnny’ego Lamy, można też dostać prawdziwy kowbojski płaszcz.



Jak wygląda specyfika waszego sklepu? Na jakich zasadach działacie? Każdy związany z wami poszukiwacz ciuchów ma tutaj swoją szafę, w której wystawia na sprzedaż swoje ubrania i dodatki?

Głównymi łowcami jest nasza trójka – ja, mój brat i siostra. Współpracują z nami ludzie, którzy dostarczają ubrań z zagranicy, a także tacy, którzy chcą wystawić coś na zasadach komisu. A co do kryteriów - przestałem faworyzować swój styl, bo jest on bardzo specyficzny, nierzadko odbiegający od tego, czego inni by sobie życzyli. Z uwagi na swoją na swoją pasję lubię elementy kostiumowe. Jestem pierwszym gościem w Skawinie, który nosi szkocką kieckę.

Czy planujecie w związku z tym wszystkim, co powiedziałeś na temat Skawiny, zmianę założeń, profilu sklepu?


RaspberryBrick jest i pozostanie pewną ideą, która ma wyższe cele, mamy nadzieję, że uda nam się przyciągnąć ludzi nią zainteresowanych. Prędzej byśmy to miejsce podpalili, niż zrobili z niego zwykły ciucholand.

24/01/2010

Sukienki które mówią

- Wydaje mi się, że pragnienie piękna naprawdę istnieje, tylko przestrzeń XXI wieku czyni nas wobec tego pragnienia nieco nieśmiałym. Tak usprawiedliwiam brak pietyzmu przy wyborze ubrań, wizyty w sklepach sieciowych, zgodę na bylejakość w ubiorze i samopoczuciu - mówi Joanna Hawrot, projektantka i właścicielka butiku i atelier Nabu.

Skończyłaś prawo na KUL-u. Skąd przyszło zainteresowanie modą? Moda i prawo to dwa różne światy, zajęcia z różnych bajek.

Właściwie prawo nigdy nie zajmowało moich myśli. Musiałam się z nim dzielić jedynie swoim czasem. Studia były bardzo ważnym okresem w moim życiu. Znalazłam się w sytuacji absolutnie dla mnie niekomfortowej. Bardzo szybko zrozumiałam, że ten kierunek studiów stanie się klatką i w rzeczywistości tak się stało. Dzięki temu rozpoczął się intensywny proces budowania siebie poza nią, szukania kreatywnej przestrzeni do bycia i myślenia.

Zawsze miałaś niespokojną duszę artystki czy wszystko przyszło do ciebie dopiero w pewnym momencie?


- Myślę, że tak ukształtowała się moja natura, zawsze byłam ogromną fascynatką myśli humanistycznej - słowa i obrazu.



Wpłynęło to i wpływa na twoje obecne projekty?

- Jak najbardziej. Moim zadaniem jest nie zgubić tego, co mnie prowadzi.

Kiedy zaczęłaś projektować?

- Pierwszy projekt powstał na drugim roku studiów - w 2006 roku. Był to płaszczyk z granatowego sztruksu, w stylu napoleońskim. Wzbudzał we mnie piękne uczucia.

Jak mogłabyś scharakteryzować twoje projekty, czy jest jakiś mianownik wspólny? Co je łączy?


- Od początku było tak, że widziałam swoje rzeczy w określonej stylistyce. II połowa XIX w. i początek XX w. Dla mnie to czas gdy w modzie dzieje się najpiękniej. Gdy pojawia się myśl, która często wyprzedza świadomość, rozpoczyna się proces wzajemnego rozczytywania, dokąd tym razem dojdziemy. Tak rozpoczyna się każda kolekcja. Staram się by każda z nich realizowała myśl, która w danym momencie jest moją myślą.




Motyw krezy widzę w twoich płaszczach i sukienkach już nie od dziś Jest to dla ciebie charakterystyczne.


- Dobrze się w nich czuję. Są dla mnie atrybutem, który chcę mieć przy sobie na stałe.

Mówimy o motywach XIX w., a jednak jakoś unowocześniasz swoje projekty - wprowadzasz krój architektoniczny, składasz origami z tkaniny, w sukienkach widać poszerzane, modne ostatnio ramiona. Takie podejście do szycia jest ostatnio bardzo na czasie.

- To jest dość zaskakujące, bo zawsze utrzymywałam, że nie interesują mnie trendy. Lubię tworzyć stylizowane rzeczy. Jeszcze bardziej wpisywać w nie współczesne atrybuty, tak, by czuły się dobrze w XXI w.

Nawiązując, do tego co powiedziałaś - czy można powiedzieć, że moda przemija, a styl jest wieczny?

- Nie, mnie taka myśl jest mi obca. Wydaje mi się, że nic tak naprawdę nie przemija, nie odchodzi. Po wszystko możemy sięgnąć w zupełnej dowolności, zabrać dla siebie, bez konieczności odwracania się za siebie.

Nie masz wrażenia, że historia kołem się toczy? Bo o ile jeszcze w XX w. powstawało coś nowego, to od jakiegoś czasu ciągle kręcimy się w kółko, moda jest eklektyczna, można założyć wszystko, bez poczucia obciachu.

- Swoboda odzieżowa istnieje i znam osoby, które dałyby się spalić na stosie za tę wolność. Chwała im za to! Projektując poruszamy się w kuli, z której nic nie ucieka, i która niechętnie przyjmuje do siebie nowe. Dlatego poruszanie się w modowej przestrzeni jest tak samo pyszne, jak i trudne.



Co przewidujesz w swojej letniej kolekcji?

- Od kilku miesięcy fascynują mnie słowa, teraz zajmują prawie cały mój dzień. Powstaje kolekcja ośmiu postaci, ośmiu słów, które chcę przedstawić za pomocą tkaniny. W przygotowaniu jest także performance "Słowa mówią". Będzie to multimedialna instalacja, którą chcemy przeprowadzić w Nabu. Jesteśmy w trakcie budowania wizji projektu. Realizacje planujemy w lutym. Będzie to niezwykle intensywny miesiąc, ponieważ oprócz projektu "Słowa ", zaplanowana jest sesja zdjęciowa dla Fashion Magazine. W nową kolekcję będziemy ubierać aktorkę Olgę Frycz, we współpracy ze stylistami Hanką Podrazą i Dawidem Hady. 19 lutego natomiast odbędzie się pokaz najnowszej kolekcji w Stalowych Magnoliach. Chcemy by ten miesiąc rozpoczął cykl działań eksperymentalnych, które planujemy regularnie przeprowadzać w Nabu.

Jakie słowa będą towarzyszyć letniej kolekcji?

- Słowem otwierającym cykl jest " Rozkosz". Całkiem niedawno odkryłam, że niektórzy ludzie są słowami. I tak odkryłam "Spokój", "Smutek", "Ciszę", reszta jest w drodze. W swoim Nabu przy Krowoderskiej 58 codziennie na szablonach piszę słowa. Bo one oprócz tego, że mówią, to też oczyszczają - jak się okazuje nie tylko mnie...


Na zdjęciach kolekcja "Ptaki biało czarne" Joanny Hawrot (www.joannahawrot.com). Fot. Krzysztof Hawrot, modelka: Paulina Skoczeń

16/01/2010

Be retro, ale nie tylko

Kraków z miesiąca na miesiąc jest coraz bardziej otwarty na wszelkie nowe inicjatywy modowe. Niedawno powstał tutaj pierwszy concept store, w którym nowoczesny design miesza się z modnym od dobrych kilku sezonów stylem vintage i retro.

- Mimo że nasza nazwa beRETRO nawiązuje niejako do vintage i retro, nie chciałyśmy i nie chcemy, by kojarzyła się jednoznacznie. Istnieje cała masa vintage shopów w internecie, a samo słowo vintage jest niejednokrotnie nadużywane - mówi Aga Rejman-Psujek, współwłaścicielka concept store'u przy Gołębiej. - Tutaj też co prawda można znaleźć tego typu ubrania, ale to nie wszystko. Kładziemy mocny nacisk na promowanie młodych, zdolnych ludzi, dlatego w beRETRO oprócz ubrań można nabyć fotografie, ręcznie wykonaną biżuterię i inne prace artystów.



Wszystko zaczęło się od współpracy Agi z Davą Palej w jednym z modowych portali internetowych. Wkrótce dziewczyny pomyślały o połączeniu swojej pasji z biznesem. Postanowiły sprawdzić, jak to jest w praktyce. Dotychczas świat mody odkrywały teoretycznie - poprzez rozmowy z projektantami i kontakt z użytkownikami portalu. Ale siedzenie za biurkiem je zmęczyło i chciały popracować na większym luzie, nawiązując przy okazji sporo kontaktów towarzyskich.



- Zależało nam przede wszystkim na tym, by skupić wokół siebie ludzi, którzy coś ciekawego robią, a przy okazji interesują się modą. Stąd pomysł stworzenia concept store'u. Miejsce współpracuje na stałe z Color Spotem (nowy lokal na Brackiej), gdzie odbywać się będą imprezy, warsztaty, wystawy fotografii i grafiki organizowane przy udziale sklepu - opowiadają. - Ciągle się rozwijamy, dlatego jesteśmy otwarte na współpracę w wielu różnych dziedzinach. Szukamy młodych fotografów, projektantów, stylistów, modelek, wizażystów, ludzi, którzy oprócz talentu i pasji posiadają nietuzinkową osobowość.

Właścicielki beRETRO planują co miesiąc wydawać modowy kalendarz ze zdjęciami stylizacji stworzonych z wykorzystaniem ubrań i dodatków z butiku. W sklepie w chwili obecnej można nabyć m.in. fotografie Michała Lichtańskiego, a także ubrania i dodatki autorstwa Green Establishment, LIT Fashion, Lilu, Pangei, Allure oraz Coco Mayaki.




Zdjęcia i portfolio swoich projektów można przesyłać na adres e-mailowy sklepu. - Jeśli coś nas szczególnie zainteresuje, na pewno się odezwiemy. Chcemy wybrać rzeczy, które naszym zdaniem pasują do całej idei, do nas i do ludzi, dla których to robimy. Nie chcemy, żeby trafiały do nas przypadkowe przedmioty, stąd selekcja. Wkrótce powstanie nasz sklep internetowy, dzięki czemu nasza działalność stanie się dostępna dla ludzi z całej Polski. W samym butiku prowadzona jest też wishlista, na którą można wpisać się ze swoim ubraniowym życzeniem. Postaramy się, by poszukiwana rzecz wkrótce się znalazła - zapewnia Rejman-Psujek.

04/01/2010

Visual merchandiser - połączenie artysty i biznesmena

Jednym z elementów, które przesądzają o tym, czy wchodzimy do sklepu, jest jego wystrój. To już nie tylko rozkład towarów na półkach, ale też dekoracja wystawy i wnętrza dzisiaj przyciągają klienta.

Dwa lata temu Kate Moss promowała swoją kolekcję dla Top Shopu jako żywy manekin w oknie wystawowym. Podobny pomysł można było niedawno zaobserwować w witrynie jednego z butików przy ul. Floriańskiej. Na temat visual merchandisingu rozmawiamy z Moniką Harłacz, stylistką i właścicielką krakowskiego MHshowroom.

Gabriela Francuz: W jaki sposób przekuła pani zainteresowanie modą we własną firmę, zajmującą się stylizacją i visual merchandisingiem?

Monika Harłacz: Była to przede wszystkim chęć stworzenia czegoś ciekawego, miejsca do pracy kreatywnej, zmiennej, samodzielnej. Po skończeniu edukacji zaczęłam więc pierwszy etap dążenia do celu - zbieranie doświadczenia. Po krótkotrwałych epizodach związanych z pracą w modzie otrzymałam propozycję pracy jako visual merchandiser w dużej firmie odzieżowej. Dzisiaj wspominam ten czas jako szkołę życia i jednocześnie przyspieszony kurs zawodu. Informacji na temat VM było niewiele, a ja w niedługim czasie miałam zarządzać całym działem. Zabrałam się do pracy najlepiej jak umiałam. Wtedy również zaczęła się moja przygoda z uczeniem stylizacji.

W pewnym momencie stwierdziłam, że czas na zmiany i że dobrze by było popracować nad celem bardziej poważnie. Zrezygnowałam z pracy, założyłam MHshowroom i zaangażowałam się w tworzenie pierwszej szkoły visual merchandisingu w Polsce. Zaczęłam również współpracę z agencją modelek jako koordynator, gdzie pracowałam m.in. jako choreograf przy pokazach mody i jako stylista przy sesjach zdjęciowych. W międzyczasie pojawili się klienci, którzy chętnie korzystali z moich doświadczeń jako visual merchandisera. Obecnie MHshowroom to zespół ludzi, którzy stale ze mną współpracują, fotograf, stylista fryzur, wizażyści, architekci wnętrz, graficy czy nawet informatycy.


Butik Marni, projekt sybarite-uk.com, fot. Nacasa & Partners


Jakie cechy powinna mieć osoba, która chce zająć się VM?

- Na pewno chęci do pracy. To bardzo ważne. Poza tym jest cały szereg cech: z jednej strony umiejętność logicznego myślenia, obserwacji, odpowiedzialność, zaangażowanie, dobra organizacja pracy, umiejętność współpracy z innymi ludźmi i radzenie sobie z pracą pod presją czasu; z drugiej zaś strony kreatywność, twórcze inspiracje, wyobraźnia, wyczucie stylu, znajomość tendencji w modzie i wnętrzach. Uważam, że dobry kandydat do pracy jako VM to taki, który prawą nogą chodzi w chmurach, a lewą mocno stąpa po ziemi. Potrafi być artystą, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że visual musi nie tylko ładnie wyglądać, ale również sprzedawać. Bardzo ważna jest też chęć do ciągłego podnoszenia swoich kwalifikacji, szukania nowych bodźców do pracy. Nie można zapominać, że VM nie stoi w miejscu tylko zmienia się, ewoluuje, podąża za zmianami w modzie, projektowaniu wnętrz etc. I to jest w tym zawodzie najfajniejsze.

Gdzie można się szkolić w tej dziedzinie? Jakie są warunki przyjęcia do takiej szkoły?

- Najlepiej w pierwszej w Polsce szkole visual merchandisingu, którą mamy w Krakowie (Krakowskie Szkoły Artystyczne). Od tego roku w nowym budynku, gdzie mieści się profesjonalna, odpowiednio wyposażona pracownia VM. Mamy specjalnie zamówione meble, miejsce do aranżacji witryny sklepowej, szafę ubrań, pełnopostaciowe oraz krawieckie manekiny, jak również wiele elementów, które pomagają w ciekawej aranżacji VM.


ABC Manichini, Dusseldorf, 2008, fot. M. Harłacz


Dla mnie najważniejsze jest to, aby przyszli studenci liczyli się z tym, że nie jest to po prostu szkoła. Tutaj nie dostaje się gotowca, jak być dobrym merchandiserem. Tu trzeba myśleć, obserwować, wyciągać wnioski, a przede wszystkim trzeba pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Staramy się, aby studenci jeszcze w trakcie nauki wychodzili poza mury szkoły i mieli możliwość sprawdzania się w różnych środowiskach - od second handów po aranżacje w sklepach brandowych.

Czy można mówić o jakichś tendencjach, modzie na jakiś wystrój witryny sklepowej? Co jest ostatnio modne? Czy jest to w pełni zależne od pory roku, świąt?

- Co trzy lata w Dusseldorfie odbywa się wielkie święto visual merchandisingu - targi Euroshop. Ostatnie odbyły się w 2008 roku. Myślę, że każdy, kto profesjonalnie zajmuje się visual merchandisingiem powinien zobaczyć to wydarzenie. Można nawiązać ciekawe kontakty, poznać najnowsze trendy w dziedzinie projektowania wnętrz, oświetlenia, dekoracji etc.

Visual merchandising to moda i tak jak moda zmienia się, podlega różnym tendencjom. Ostatnie z nich mówią o potrzebie cieplejszych, bardziej domowych wnętrz, o pojawianiu się takich elementów w sklepie, jak sofa, fotel, krzesło, lampka, dywan itp. Na witrynie powinniśmy uwzględnić również domowe akcenty, pokazywać pewnego rodzaju codzienność. Możemy też iść w stronę multimediów, prezentacji audio, gry świateł, dynamiki prezentacji. Nie można zapominać o kalendarzu. Pory roku, ważne wydarzenia związane z sezonem (nowa kolekcja, wyprzedaż) lub ze świętami to istotne czynniki warunkujące nasze działania. Najbardziej istotne są oczywiście święta grudniowe, atmosfera związana z tym wydarzeniem, emocje jakie można wzbudzić kolorem, zapachem, muzyką.


Butik Alberty Ferretti w Los Angeles, projekt sybarite-uk.com, fot. Jimmy Cohrssen


Czy kreatorów witryn sklepów wielkich i małych sieci obowiązują jakieś wytyczne, podstawowe reguły? Czy VM-erzy robią wszystko na własną rękę? Ktoś sprawuje nad nimi kontrolę?

- Bardzo ważne w merchandisingu jest to, aby sklepy jednej marki miały jakąś spójną konsekwencję, którą da się zauważyć zarówno na witrynach, jak i wewnątrz. Nie da się tego osiągnąć bez koordynacji działań VM. W dużych korporacjach zazwyczaj są specjalne działy, które zarządzają całym procesem visual merchandisingu. W centrali pracuje się nad inspiracjami, organizuje VM wzorcowy, przygotowuje tzw. książkę lub po prostu instrukcję, która potem służy jako baza dla visual merchandiserów pracujących w terenie. Struktura takiego działu jest zróżnicowana, zależna od wielkości marki, możliwości finansowych. W małych firmach są to pojedyncze jednostki, na których spoczywa cała odpowiedzialność za wygląd sklepów.

Jak wygląda proces przygotowania takiej wystawy? Kiedy VM zaczynają myśleć na temat nowego wystroju wystaw czy powierzchni sklepowej?

- Początek pracy nad witryną zaczyna się na długo przed jej wprowadzeniem - zazwyczaj jest to około 3-5 miesięcy wcześniej, czasem jeszcze dłużej. Nie ma określonej daty, która obowiązuje. Najpierw myślimy o inspiracjach, zbieramy materiały, ustalamy koncepcję. Potem powstają projekty i zaczynamy pracę nad zdobywaniem elementów potrzebnych do realizacji. Trzeba pamiętać o tym, że czas oczekiwania na produkcję lub sprowadzenie elementów dekoracyjnych może znacznie wydłużyć nam czas przygotowania witryny. Jeżeli chodzi o wnętrze, to wszystko zależy od organizacji pracy działu VM. Czasem jest to sezonowa książka, która powstaje na bazie wzorów w centrali, czasem są to instrukcje przygotowywane bezpośrednio po wprowadzaniu kolejnych transz kolekcji do sklepu.


Cofrad Mannequins, Dusseldorf, 2008, fot. M. Harłacz


Jakie błędy najczęściej popełniają specjaliści od VM w swojej pracy?

- Często jest to brak planu, wyraźniej koncepcji, konsekwencji, idei na pokazanie produktu. Szwankuje też kompozycja. Czasem patrzę na wystawę i każdy jej element jest jakby osobną częścią całości, kompozycja jest chaotyczna. Ale pocieszające jest to, że nasz rodzimy VM jest w fazie rozwoju. Sklepy wyglądają coraz lepiej, ciekawiej, są bardziej zadbane.

Na pewno chodzi pani po sklepach: które wystawy podobają się pani obecnie najbardziej? I dlaczego?

- Z pewnością podobają mi się marki, które mają dojrzały VM. Ciekawy, zaskakujący, dopracowany w najmniejszym detalu, zgodny z filozofią marki, konsekwentny. Do takich sklepów miło się zagląda, chętnie się wraca. Lubię pomysły proste, ale ze smakiem zrealizowane, intrygujące, z fajnym akcentem. Ważnym elementem wystaw są też dla mnie manekiny. Albo realistyczne do złudzenia przypominające człowieka, albo abstrakcyjne, intrygujące, czasem zaskakujące. Mam kilka swoich ulubionych marek, których VM bardzo przypada mi do gustu, ale jestem też otwarta na ciekawe pomysły innych. Ostatnio zachwycają mnie realizacje sklepów londyńskiego biura projektowego Sybarite. Obserwuję i szukam nowych inspiracji.


New John Nissen, Dusseldorf, 2008, fot. M. Harłacz

24/12/2009

Street Fashion in Krakow życzy

Wszystkim (i sobie) z okazji Świąt i Nowego Roku:

odwagi,
konsekwencji w realizowaniu planów i marzeń,
nowych pasji lub ciągłego rozwijania starych,
tolerancji,
wielu nowych inspiracji,
pomysłów na ubrania i na resztę życia - żeby Wam się nigdy nie znudziło
oraz... szafy z gumy!



A w pakiecie "standard": Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! I dużo zdrowia.

12/12/2009

Mulholland Drive na krakowskim Kazimierzu


Zgodnie z obietnicą daną w kwietniu podczas krakowskich Vintage Days - swoją działalność rozpoczął niedawno pierwszy krakowski Vintage Shop z prawdziwego zdarzenia. Rozmawiałam z Piotrem Słyszem, jednym z jego założycieli.

Jak narodził się pomysł na Vintage Shop?

Akcja VD, którą zorganizowaliśmy pod koniec kwietnia była pierwszym impulsem pozwalającym nam poważnie myśleć o przedsięwzięciu tego typu. Kolejne VD, które odbyło się miesiąc później, upewniło nas tylko w przekonaniu, że Kraków potrzebuje tego typu miejsca. I tak, postanowiliśmy zamienić mieszkanie na lokal, trzymając się jednocześnie idei tzw. „secret place” czyli miejsca ukrytego, do którego nie da się trafić z przypadku. Nasz wybór padł na starą i zaniedbana ruderę znajdująca się w kamienicy. Wszystko robiliśmy sami metodą prób i błędów. Pomysły na wystrój rodziły się bardzo spontanicznie. Efekt? Zapraszamy na ul. Św. Katarzyny 4/9.





A nazwa? Dlaczego właśnie Mulholland Drive?

Mieliśmy w zapasie kilka nazw, ale pierwszym naszym skojarzeniem były popularne amerykańskie sklepy z ubraniami vintage, często z nazwami nawiązującymi do kultowych filmów, czy samej kultury amerykańskiej, np. Hollywood Mirror.





Skąd się biorą wasze ubrania? Widziałam np. szpilki YSL, torebki z lat międzywojennych, kilka fraków, kurtki wojskowe z lat 60. – nie są to standardowe rzeczy, które można wygrzebać w polskich lumpeksach…

Głownie staramy się pozyskiwać rzeczy od osób prywatnych, kolekcjonerów. Stąd można u nas znaleźć wspomniane przez Ciebie mundury z lat 60. czy fraki. Ubrania z second-handów również stanowią cześć naszego asortymentu, jednak do rzeczy, które potencjalnie maja się z w nich znaleźć staramy się „trafić” zanim opuszczą hurtownie. Chodzi nam o to, by ciuchy były wyjątkowe, niespotykane i przede wszystkim spełniające wymagania naszych klientów. Dlatego, jeżeli tylko poszukujecie czegoś konkretnego zapraszamy, składajcie zamówienia.





Jakie macie plany na nadchodzące tygodnie? Z kim chcielibyście nawiązać współpracę?

Mimo iż oficjalnie jesteśmy już otwarci parę rzeczy musimy jeszcze dopracować. Kiedy już wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, zaczniemy małą kampanię reklamową, pracę nad stroną internetowa oraz sklepem on-line, a potem zobaczymy. Na chwilę obecną poza ubraniami i akcesoriami vintage można u nas kupić biżuterię zaprojektowaną przez Stephany von Medvey. Co do współpracy, to jesteśmy otwarci na wszystko. Porozmawiamy z każdym, kto ma coś ciekawego do pokazania. Nie ma dla nas znaczenia czy będzie to twórczość związana z modą, fotografią czy też malarstwem…






Zobacz też tutaj.

22/11/2009

Idea Fix: idea świadomej konsumpcji

Na początku był Rezerwat Winyli. Rezerwat przetrwał, zmienił jedynie lokalizację. Z niego zrodziła się świeża idea - IDEA FIX koncept sklep. Nowe miejsce na lifestylowej mapie Krakowa.


- Idea Fix jest siostrą Rezerwatu, jego "bratnią duszą". Koncept sklep powstał właściwie w półtora tygodnia - wliczając w to remont, przeprowadzkę, organizację promocji czy przedmiotów, które można tutaj znaleźć - mówi Anna Kwiatek, właścicielka butiku, związana na co dzień z branżą budowlaną. Design jest jej prywatną pasją, a możliwość wspierania polskich twórców marzeniem od wielu lat.





- Zależało nam na pójściu w kierunku sztuki użytkowej, projektowania ubioru oraz szeroko pojętego urban artu powiązanego niejako z winylami i "starą szkołą" (nazywaną za granicą po prostu oldschoolem). Można powiedzieć, że rozszerzamy dotychczasową działalność, promując nowych, polskich utalentowanych designerów, pisarzy, grafików, innych artystów, ale też producentów - tłumaczy powstanie Idei Fix Anna Kwiatek. - Chcemy być alternatywą dla głównego nurtu, proponujemy rzeczy niepowtarzalne czy wytwarzane w małych ilościach i przede wszystkim związane z Polską. Będziemy szerzyć również ideę świadomej konsumpcji.



Otwarcie miejsca zbiegło się z krakowską wystawą Etno Dizajn, która nawiązuje do polskiej tradycji i sztuki folkowej. Przy ul. Miodowej 23 znaleźć można to, co "dobre, bo polskie" - nawiązania do polskiego folkloru są w pracach promowanych artystów widoczne. Właścicielce Idei Fix zależy na promowaniu młodych, niezależnych czy też nietuzinkowych polskich twórców często bardziej docenianych za granicami kraju niż w samej Polsce. Należą do nich m.in. Projekt Mleko, Misbehave, LIT, Larysa Knap, Wydawnictwo Dwie Siostry, Moho, Puff Buff, Gaja Grzegorzewska, Turbokolor, Rush i inni. Na regałach można znaleźć wielokrotnie nagradzane polskie kosmetyki z Żyrardowa - Taberna Saponaria - produkowane na bazie naturalnych olejków eterycznych i oliwy z oliwek. Kupić można także winyle z polskim jazzem, klasykę polskiego kina, albumy fotograficzne, książki i ręcznie robione zabawki nie tylko dla dzieci. Jest także aneks kawiarniany, w którym można w spokoju przemyśleć swoje zakupy.





Idea Fix w najbliższej przyszłości planuje nawiązanie mocniejszej współpracy ze studentami Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru, wystawy grafiki, a także zaktywizowanie najmłodszych i przy okazji ich rodziców.

Zdjęcia (od góry):
1. Dywan wg projektu katowickiego Moho
2. Dywan w walizce (Moho)
3. Jedno z pomieszczeń w Idei
4. Książki i książeczki dla dzieci
5. Lampa Puff Buff

06/11/2009

Młoda moda - Virtual Fashion Week

Stworzona w lutym 2002 krakowska Grzenda była z początku portalem internetowym, gdzie grupa krakowskich artystek zamieszczała swoje prace. Z czasem przeistoczyła się w jeden duży projekt: The Antykoncepcja Game. Gra rozrosła się i powstały nowe inicjatywy z nią związane: portal plotkarski Brukowiec, Grzenda TV, a także Antygazetka o antykoncepcji w Realu.

Najnowszym pomysłem twórczyń portalu i gry: Ewy Szczyrek, Małgorzaty Markiewicz, Moniki Wysokrockiej, Marty Firlet i Katarzyny Ignatiuk jest Virtual Fashion Week. Podczas wirtualnego tygodnia mody, między 1-7 grudnia, zajrzeć będzie można do świata mody od kuchni. Organizatorki chcą opisać i promować nowe zjawiska w świecie mody, przedstawić wschodzące polskie talenty: projektantów, designerów, stylistów, fotografów, modelki. W przedsięwzięciu biorą udział m.in. Paulina Palian, Paulina Bojór, Est#era, Katarzyna Konieczka oraz Małgorzata Markiewicz. Te i inne projektantki pokażą swoje prace nie na żywych modelkach, ale na animowanych awatarach, podczas pokazów mody w ciągu Tygodnia. Każdy uczestnik VFW będzie mógł przymierzać je na swoim „modelu” oraz głosować na najciekawsze kolekcje. Wybrane ubrania będzie można potem kupić w V-galerii handlowej Złote Bobasy i nosić je w Wirtualu. Osoby zainteresowane realnymi projektami również będą mogły je nabyć - na stronie portalu Szafa.pl. Przewidziane są również konkursy na najlepsze komentarze do artykułów, na najlepiej ubranego awatara, a także najlepszy pokaz mody.

Nabór dla projektantów trwa do 20 listopada. Jeśli projektujecie ubrania, macie ochotę się wypromować i chcecie wziąć udział w Virtual Fashion Week, wystarczy wysłać na adres biuro@grzenda.pl swoje zgłoszenie; zawierające imię i nazwisko, nazwę (pod którą chcielibyście zaistnieć w VFW), krótki opis siebie i projektów, logo oraz link do strony internetowej, gdzie można znaleźć wasze projekty. W temacie e-maila należy wpisać „"VFW-projektant”. Strona internetowa, na której możecie znaleźć więcej szczegółów, będzie na bieżąco aktualizowana.

20/09/2009

M(ów)ish i mash

Bo na piątkowym swapie, który zapowiadałam poniżej, można było znaleźć dosłownie wszystko, tylko trzeba było się naszukać, jak w każdym szanującym się ciucholandzie. ;-) Swój "towar" wystawiali i zachwalali tacy młodzi projektanci jak Misbehave (świetne bluzy z matrioszką oraz YSL i Chanel - oczywiście prosto z paryskich butików), Wojtek Haratyk, czy Alexis and Pony. Sporo miejsca zajął też "sklep" Mulholland Drive, pierwszy krakowski Vintage Shop, którego otwarcie już niedługo - jak zdradziła jedna z właścicielek, lokal będzie mieścić się na ul. św. Katarzyny, na krakowskim Kazimierzu. W tym momencie trwają tam prace remontowe :-)
Indywidualnych "wystawców" również było sporo, frekwencja mile zaskoczyła organizatorów. Impreza "OMG, It's Yard Sale" ma odbywać się cyklicznie. Wklejam kilka zdjęć z imprezy - z góry przepraszam za jakość. Niektóre osoby możecie rozpoznać, bo gościły u mnie na blogu: chodzi o Apolonię i o Kamilę (tutaj w "Balmainowej" kurtce). Spotkałam się też i zamieniłam wreszcie kilka słów ze Styledigger.
Po raz kolejny potwierdza się teoria i utarty banał, że Kraków jest mały. :-)
Mam jedno, a może i dwa małe "ale": wiem, że trudno tego uniknąć, ale wszystkie ciuchy, jakie ze sobą przyniosłam, przesiąkły dymem z papierosów, a w najbardziej oddalonej sali światło było gorzej niż kiepskie. Może przy okazji też (trzecie "ale") dałoby się załatwić do następnego razu jakiś kawałek, albo najlepiej kilka kawałków lustra?
Fakt, że wypadło mi szkło od okularów pomijam, bo to już nie wina organizatorów - staram się być sprawiedliwa. ;-) No i, nie wiem, o co chodzi, ale nikt nie tańczył...
Zostałabym chętnie dłużej, ale byłam już strasznie zmęczona. Było bez zadęcia, fajnie.